Wywiad z kandydatem: Hanna Grobelna

Opublikowano: 26.10.2014

Jak to się stało, że została Pani społecznikiem?

Hanna Grobelna: Nigdy nie czułam się społecznikiem, choć od dzieciństwa staram się pomagać ludziom. Wydaje mi się to tak naturalne jak oddychanie. Moi rodzice, a szczególnie ojciec, często pokazywali mi, że wielu ludzi żyje w trudniejszych warunkach niż my. Trzeba się zawsze dzielić zarówno dobrami materialnymi, jak i wiedzą. Tato uczył niepełnosprawnego sąsiada i pomagał mu zdobyć zawód, żeby samodzielnie mógł funkcjonować i się utrzymywać.

Ponieważ zawsze byłam przemądrzała, to ja pomagałam w lekcjach uczniom z klasy. Mama szykowała jedzenie i organizowała ubrania dla moich biedniejszych koleżanek. Nie zawsze byłam z tego powodu szczęśliwa. Przecież najczęściej były to moje ulubione ciuszki. Szala goryczy przelała się, gdy musiałam oddać moje najpiękniejsze na świecie lakierki. Wtedy tato wziął mnie na kolana i wytłumaczył, że ubrania to nie wszystko.

Ja i młodsza siostra mamy siebie i pełną, kochającą rodzinę. Nie ważne, że w domu bywało biednie i ciasno ale zawsze byliśmy razem. Dzieci, które do nas przychodziły albo były biedniejsze od nas albo pochodziły z niepełnych rodzin. Choć, gdy dorosłam uzmysłowiłam sobie, że niekoniecznie tak było. Mój tato przeszedł gehennę wojny i obozów koncentracyjnych. Po powrocie do kraju w 1947 r. zabrano mu wszystko co miał, bo był zdrajcą i agentem obcego wywiadu. Dlaczego tak późno znalazł się w ojczyźnie? Po wyzwoleniu z obozu Sachsenhausen dwa lata leżał w szpitalu i leczył tyfus, ale to nie było żadnym usprawiedliwieniem dla władz komunistycznych. Nie pozwolono mu prowadzić zajęć na politechnice (specjalista w łączności, ze szkoły lwowskiej). Co jakiś czas zamykano mu firmę, którą zmuszony był otworzyć, żeby się utrzymać. Pod byle pretekstem i bez wyroku zamykano go w więzieniu i naliczano tzw. domiary.

Byliśmy bez środków do życia i mieszkaliśmy w 4 osoby na 12 m2 ze skosem. Ale wtedy czułyśmy się z siostrą najszczęśliwszymi dziewczynkami na świecie. Rodzice nas kochali i nie dawali odczuć swoich problemów. Pamiętam jeszcze, że przyszywany wujek, który miał sklep na Teatralce, przynosił mi różne rzeczy po swojej córce - też Hani. Mówił, że z nich wyrosła. Często były to jednak nowe ubrania, czeski rower lub słodycze. Lubiłam go bardzo nie tylko za to. Był ciepły i dobrze odnosił się do wszystkich ludzi. Gdy miałam 12 lat wyjechał. Okazało się, że był Żydem. Podczas okupacji hitlerowskiej uciekł z Oświęcimia, gdzie zamordowano mu całą rodzinę. Po wojnie ożenił się powtórnie z Polką. Nie pomogło mu to zostać w ojczyźnie. Musiał emigrować. Pamiętacie może hasła typu "syjoniści do Syjonu!" Wtedy nie rozumiałam, dlaczego wyjechali i nie mieliśmy już z nimi kontaktu.

Wcześniej, gdy miałam 9 lat, wstąpiłam do harcerstwa. Trafiłam do drużyny, w której nikt nie wymagał od nas oddania socjalizmowi. Po cichu kultywowaliśmy tradycje Szarych Szeregów i wzajemnej pomocy. To wszystko wykształciło we mnie to, co teraz nazywa się społecznictwem. Zawsze miałam miękkie serce. Ale nie udało mi się całkiem uodpornić na ciosy. Czasem nawet poduszka w spodniach nie pomaga. Rodzice zarazili mnie chorobą genetyczną o nazwie "pomagaj innym i nie oczekuj za to nagrody".

Z Grupą Inicjatywną Przystanek Folwarczna połączyły mnie wspólne problemy naszego osiedla, których ani władze miasta ani Rada Osiedla nie potrafiły rozwiązać. Dlatego wspólnie stworzyliśmy Stowarzyszenie, które wystawiło w tych wyborach tak wielu dobrych kandydatów do Rady Miasta Poznania.

Co jest najważniejsze w Waszej działalności? Co powoduje, że poświęcacie swój wolny czas na sprawy miasta?

H.G.: W mojej działalności najważniejsza jest praca zespołowa i zespołowa skuteczność. Nie ma większej satysfakcji jak usunięcie jakiegoś problemu sąsiadów i współobywateli Poznania, czy jest to usunięcie awarii kanalizacji w Kompanii Piwowarskiej, która powodowała fetor na całym osiedlu Przemysława, czy naprawa pieca c.o. w domach socjalnych, czy w końcu najistotniejsza - pierwsza w Poznaniu uchwała obywatelska. Budowa Nowej Folwarcznej będzie naszym największym sukcesem i motorem do następnych działań. Nie liczy się czas i inne nakłady własne, bo to co robimy - robimy też dla siebie. To jest taka społeczna prywata.  Ale "nie chwalmy dnia przed zachodem słońca", bo pieniędzy na tę inwestycję jeszcze nie ma!

O co przede wszystkim będzie Pani walczyła jako radna?

H.G.: Jako radna nie będę walczyć z nikim. Będę walczyć z głupotą i bezmyślnością niektórych decydentów. Ponad podziałami klubowymi postaram się skupić na dobrych projektach i nie robić polityki tylko współpracować z ludźmi. Może to idealistyczne ale mimo moich 58 krzyżyków na karku w tym względzie nic się dla mnie nie zmienia. Tylko współpraca na różnych poziomach władzy pomoże nam poprawić warunki lokalowe poznańskich szpitali dziecięcych. Chcę doprowadzić też do skanalizowania wszystkich części miasta. Koniec z szambem w sensie dosłownym i w polityce - to dla Poznania idealne rozwiązanie. Zawsze mówiono mi "nie rób drugiemu, co tobie nie miło". Nie twórzmy ludzkiego i zwierzęcego getta na Darzyborze. Mieszkania socjalne można budować też w innych częściach miasta a schronisko dla zwierząt nie powinno mieścić się między torami tranzytowej, towarowej linii kolejowej WZ. To moje priorytety na dziś.

Wróc do listy